„Need for Speed” pod moim obiektywnym okiem…

Dodano 17 lipca 2014, w Zwykły wpis, przez ZŁOWIESZCZY CHICHOT

Wczoraj obejrzałam film „Need for Speed” i nie uważam bym straciła czas, aczkolwiek spodziewałam się czegoś więcej, a jednocześnie wiedziałam, że będzie to film dużo słabszy niż „Szybcy i wściekli”. No bo czego można spodziewać się po filmie, który został napisany na podstawie gry bez fabuły? Chyba czegoś podobnego. Uważam, że fabuła tego filmu jest tak kiepska, że sama mogłabym napisać taki scenariusz. Było wiele scen, które wcześniej przewidziałam i zanim się wydarzyły krzyczałam do męża: „Zobacz, teraz będzie tak, a teraz zrobi to”. Wydaje mi się, że Producent stwierdził, że gra jest dość znana i w jakimś stopniu lubiana to film musi się widzom spodobać nawet, jak nic fajnego w nim nie będzie poza wyścigami. A one nie powiem, były efektowne. Najbardziej podobało mi się to, że wypadki samochodowe nie były tworzone jak zwykle komputerowo – tylko były to akcje prawdziwie kaskaderskie. To naprawdę widać! Za to podwyższam ocenę filmu. Główny bohater całkiem fajnie odegrał swoją rolę i uważam, że został wybrany odpowiedni człowiek do obsady. Niestety w filmie brakowało mi pięknych kobiet, ponieważ moim zdaniem (jak i mojego męża) te dwie główne bohaterki były dość przeciętnej, nudnej urody. Brakowało mi naprawdę przyciągających przedstawicielek płci pięknej. Moja ogólna ocena to 6/10 – szkoda…

Need

 
Właśnie dostałam paczkę od kuriera, bo zamówiłam jedną serię kosmetyczną do testowania. Później będzie obszerna recenzja.
Zamówiłam:
- kremowy żel do mycia twarzy
- serum nawadniające twarz, szyję i dekolt
- nawadniający krem przeciwzmarszczkowy na dzień
- naprawczy krem przeciwzmarszczkowy na noc
- krem pod oczy
Wszystkie kosmetyki z tej serii znajdziecie tutaj.
Dajcie znać, czy ktoś z Was używał któregoś z tych kosmetyków?
 

Hascovir – Mówię opryszczce stanowcze „NIE” !!!

Dodano 23 lutego 2014, w Pielęgnacja twarzy, przez ZŁOWIESZCZY CHICHOT

Dzisiaj postanowiłam napisać post inny niż zwykle. A mianowicie post na temat leku, a dokładnie maści na opryszczkę. Produktem, który mam na myśli jest krem Hascovir. Generalnie maść można kupić w aptece bez recepty za około 7 zł.
Czy są takie z Was, które czasem łapie opryszczka? Czy Wasze usta wyglądają tak?

Niestety ja należę do grupy osób, które czasem ta przypadłość dopada. Jest to spowodowane wirusem HSV1 oraz HSV2. Więcej na ten temat tutaj.

Maść Hascovir jest najlepszym lekarstwem na tą przypadłość. Oczywiście dobrze jest obserwować swoje ciało. Ja generalnie jak tylko czuje swędzenie ust i okolic to natychmiast sięgam po krem i smaruję daną część. Tym samym nie dopuszczam do sytuacji by wirus miał okazję się rozwijać. Po posmarowaniu ust kremem swędzenie znika i brak jakichkolwiek śladów po opryszczce. Zanim jednak dowiedziałam się, jak działa ten cudowny krem używałam go już na wirusa w rozwiniętej postaci. Po dwóch dniach wykwity znikały. Teraz używam kremu za każdym razem na całość ust zawsze po tym, jak zrobię cukrowy peeling warg. Wolę zapobiegać niż leczyć :) Co najlepsze? Zanim odkryłam ten krem, opryszczka pojawiała się u mnie mniej więcej 2 razy w miesiącu. Na chwilę obecną nie miałam „zimna” na ustach od około 4 lat. Krem jest zawsze przy mnie i jest moim najlepszym przyjacielem. Jego cena jest bardzo mała w stosunku do działania. W skali od 1 do 10 dałabym 11 :) Dla mnie to jest produkt wszech czasów :D

 

Walentynki…

Dodano 14 lutego 2014, w Zwykły wpis, przez ZŁOWIESZCZY CHICHOT

Nie znoszę Walentynek. Najchętniej tego dnia zostałabym w domu i cieszyła się własnym towarzystwem. Uważam, że ludzie powinni się kochać przez cały rok, a nie tylko w ten jeden dzień. I nawet fakt, że mąż przyniósł mi śniadanie do łóżka nie zmieni mojego podejścia do tego dnia. Ale wszystkim tym, którzy celebrują ten dzień życzę wspaniałych wrażeń :D

 

Vichy – dezodorant w kulce – najlepszy!

Dodano 15 stycznia 2014, w Pielęgnacja ciała, przez ZŁOWIESZCZY CHICHOT

Użyłam go po raz pierwszy przypadkowo będąc u teściowej, ponieważ nie miałam swojego dezodorantu przy sobie. I okazało się, że działał przez cały dzień w przeciwieństwie do innych antyperspirantów. Kupiłam go w promocji w osiedlowej aptece za 29.90, bo regularna cena odstrasza. Przyznam, że jest to najlepszy antyperspirant jaki miałam do tej pory. Ma ładny delikatny zapach, czuję się dzięki niemu świeżo cały dzień. Po prostu działa!

Plusy:

- łagodzi podrażnienia po depilacji
- nie zapycha
- nie piecze
- wydajny
- trwały (działa przez cały dzień)

Minusy:
- cena (ale można upolować promcję)
- zostawia delikatne ślady

Tak, czy inaczej bardzo polecam dla tych, którzy chcą czuć się świeżo przez cały dzień. To najlepszy dezodorant na świecie :)

 

Kupiłam tą szczotkę pod wpływem pozytywnych opinii jednej z dziewczyn na YouTube. I nie zawiodłam się. Dzięki tej szczotce bardzo szybko mogę rozczesać włosy po myciu. Poza tym są one po wyschnięciu zdecydowanie bardziej lśniące i gładkie. Ta szczotka odmieniła moje życie, bo włosy zdecydowanie lepiej się układają. Być może ktoś może powiedzieć, że fakt, iż włosie jest nasączone mikroodżywką z keratyną to pic na wodę, ale ja widzę różnicę na swoich włosach. Szczotka jest duża, więc nadaje się również do włosów bardzo długich i gęstych. Poza tym ma bardzo wygodną rączkę, pokrytą antypoślizgową powłoką. Dla mnie to był najlepszy zakup „włosowy” roku 2013. Polecam serdecznie :)

 

Kupiłam ten produkt pod wpływem dziewczyn z YT oraz po przeczytaniu opinii na Wizażu. Odżywka spodobała mi się od samego początku, ponieważ ma bardzo przyjemny zapach, który jest lekko słodki, ale nie nachalny. Przypadła mi też do gustu konsystencja kosmetyku, bo nie jest tępa, lecz lekko lejąca. Włosy są po niej miękkie, ładnie pachnące, nie plączą się i nie puszą, są ładnie nawilżone i bardzo sypkie, ale przede wszystkim lśniące. Bardzo dużą zaletą jest również cena – kupiłam ją za około 7 zł w drogerii Rossmann. Używam odżywki po każdym myciu nakładając na wilgotne włosy i pozostawiając na nich przez około 5 minut. Już podczas spłukiwania czuję w dłoniach lekkość włosów. Odżywka jest bardzo dobra, gdyż nawet jeśli przesadzimy z jej ilością to nie obciąża ona naszych włosów. Wydajność jest średnia, ale za tą cenę można sobie pozwolić na ten jeden minus, bo jakość tego produktu jest naprawdę zdumiewająca. Na pewno będę ją kupowała regularnie :) Serdecznie polecam ten produkt, ponieważ może on zdziałać cuda za niewielką cenę zwłaszcza na przesuszonych włosach :D

 

 

Hakuro H64 – niezbędny pomocnik do rozcierania cieni :)

Dodano 14 stycznia 2014, w Makijaż, przez ZŁOWIESZCZY CHICHOT

Jakoś na początku grudnia zakupiłam w jednym z moich ulubionych sklepów internetowych (sklep) fantastyczny pędzel z firmy Hakuro. Mam na myśli dokładnie Hakuro H64.

Zakochałam się w nim od pierwszego użycia :) Używam go do rozcierania cieni na całej powiece i w załamaniu. Spisuje się fantastycznie i nie wyobrażam sobie już codziennego makijażu bez niego. Jest niewyobrażalnie miły w dotyku, a po „praniu” wygląda zupełnie jak nowy :) Bardzo gorąco polecam wszystkim, którzy lubią mieć pięknie zblendowane cienie :D

Pędzel możecie zakupić tutaj :) Gorąco polecam :D

 

Dzisiaj postanowiłam napisać Wam jak spędziłam pierwszy weekend stycznia. Otóż mój mąż postanowił zrobić mi niespodziankę byśmy aktywnie wykorzystali czas urlopu. Okazało się, że wynajął apartament w mieście, które uwielbiam, czyli w Krakowie :) Co prawda na miejscu okazało się, że nie jest to ten sam, który był na stronie, ale nic nie szkodzi. W zasadzie pokój jest tylko do spania, a nie siedzenia w nim będąc w innym mieście. Tak więc, kiedy dojechaliśmy do Krakowa zanim zahaczyliśmy o „Apartamenty na Wawelu”, wstąpiliśmy do Muzeum Lotnictwa Polskiego. Widziałam mnóstwo super samolotów. Kilka zdjęć poniżej.

Wejście do Muzeum Lotnictwa Polskiego.

No dobrze, czas na dalszą część dnia. Po obejrzeniu wszystkiego w Muzeum pojechaliśmy odebrać rezerwację apartamentu. Rozpakowaliśmy się, odświeżyliśmy i ruszyliśmy w miasto. Na Rynku w Krakowie okazało się, że stoją tam takie zabawne budki, w których ludzie handlują różnymi rzeczami: czapki, biżuteria, jedzenie, grzane wino, pamiątki itp. Generalnie wyglądało to bardzo uroczo. Była już godzina 19:00, a na Rynku masa ludzi.

Bardzo wiele zwykłych sklepów było otwartych do godziny 20:00, a sklepiki z pamiątkami były otwarte nawet do północy. Byłam tym szczerze zaskoczona, ale rozumiem to, bo tam naprawdę praktycznie całą noc są ludzie :) No cóż… po obejściu miasta zmęczeni chodzeniem postanowiliśmy udać się do restauracji The Mexican. Byliśmy tam 2 lata temu po raz pierwszy i szalenie nam się wtedy podobało. Wtedy było tam mnóstwo ludzi. Na wejściu witała nas muzyka, którą na żywo grali Mariachi ubrani w tradycyjne, meksykańskie stroje. Było naprawdę klimatycznie i gwarno. Jedzenie wtedy było genialne, obsługa sympatyczna, kelnerki uśmiechnięte, zadowolone z widoku klienta, świetny barman. Niestety tym razem okazało się, że jest zupełnie inaczej. Chyba w restauracji zmienił się Menedżer, bo jak dla mnie jakość obsługi spadła. Kelnerka przyszła do nas z miną „zbitego psa” i zaprosiła do stolika. Udało nam się usiąść przy tym samym stoliku, co 2 lata temu. Zamówiliśmy tą samą potrawę. I samo jedzenie się nie zmieniło, było wyśmienite. Niestety zamówiona przeze mnie Margerita wcześniej była podawana w takim ładnym, ogromnym kielichu, a teraz dostałam ją w dzbanie. Owszem… brzegi były ocukrzone, ale smak Margerity pozostawiał wiele do życzenia. Pierwsza rzecz jaką zauważyliśmy to fakt, że w The Mexican jako przystawkę podają zawsze Tacos, a tym razem kelnerka zapomniała nam ją przynieść. A państwo przy stoliku obok takową otrzymali. Nie wiem, może nasza kelnerka miała gorszy dzień :) Najbardziej zniesmaczył mnie fakt, że schodząc po schodach do toalet śmierdziało moczem jakby nikt tam nie sprzątał. Ogromny minus stawiam za coś takiego. Moim zdaniem poziom restauracji spadł bardzo mocno i chyba już kolejny raz tam nie pójdę.

Po wyjściu stamtąd poszliśmy do baru napić się piwa. Bar całkiem fajny. Niestety nie pamiętam nazwy – pamiętam, że na szybie była narysowany hełm Wikinga. Jak ktoś mieszka w Krakowie to pewnie kojarzy i jaki bar mi chodzi. Smaczne piwo, miła obsługa, bardzo klimatyczne, spokojne miejsce. Wyszliśmy stamtąd około 23:30 i poszliśmy do sklepu po piwa, a potem do apartamentu. Obejrzeliśmy film i zasnęliśmy wykończeni wrażeniami.

Następnego dnia długo nie chciało nam się wstać ze względu na zakwasy na nogach :P Ale w końcu wyszykowaliśmy się do wyjścia i ruszyliśmy w miasto. W pierwszej kolejności wylądowaliśmy na Rynku w poszukiwaniu czapki dla mnie. Tak, czapka widoczna na jednym ze zdjęć to moja pamiątka z Krakowa :D Poza czapką mam jeszcze jedną pamiątkę – magnes na lodówkę Smoka :)

Mamy zamiar z mężem zbierać magnesy z każdego miasta jakie odwiedzimy :) Za jakiś czas przepełni się lodóweczka.

Na spacerze spotkaliśmy też wiele ciekawych postaci. Sami zobaczcie na zdjęciach:

Rycerz postanowił, że bez kasy nie da się sfotografować i dlatego nie widać jego głowy. Cwaniak jeden ^^

Ten upiór na żywo wyglądał naprawdę przerażająco. Świetna charakteryzacja :)

Nadszedł czas na powrót do pokoju by odsapnąć. Ale najpierw trzeba było coś zjeść. Postanowiliśmy iść na burgera do MoaBurger. Byliśmy bardzo głodni, więc zamówiliśmy największego burgera, czyli Mammoth Burgera (400g mięsa wołowego, ser edamski, boczek, burak, ananas, sałata, pomidor, ogórek, czerwona cebula, sos pomidorowy, majonez). Kupiliśmy go na wynos. Niestety okazał się za duży nawet dla mojego męża, jest ogromny. Ale niestety smak słaby. Za 28 zł spodziewałam się czegoś lepszego. Jednogłośnie z mężem stwierdziliśmy, że byłoby to dużo lepsze danie, gdyby wyrzucili z niego ananasa i buraka. Wtedy burger byłby idealny. Sam wystrój kiepski, obsługa taka sobie i zdecydowanie za mało miejsc siedzących. No ale co kto lubi :)

Po powrocie do pokoju i pochłonięciu wspomnianego burgera położyliśmy się na chwilkę i przysnęło nam się do 19:00. Nadszedł jednak czas na wyjście w miasto. Postanowiliśmy wybrać się do Galerii Kazimierz. Nie mieliśmy zamiaru nic kupować, ale ostatnim razem byliśmy w Galerii Krakowskiej, więc teraz można było zobaczyć inną i jak na polaka przystało porównać do naszej Galerii. Muszę przyznać, że ten kompleks podoba mi się bardziej niż nasz w Łodzi. Galeria jest spora i była przepięknie ustrojona na Święta. Naprawdę przyjemnie się po niej chodziło…

I oczywiście przecudnie ubrana choinka :)

Po zjedzeniu lodów z Grycana pojechaliśmy spowrotem do miasta by napić się piwka. Trafiliśmy do restauracji Sioux. Wystrój super, kelnerzy w miarę ok, jedzenie pyszne. Spędziliśmy tam ponad 2,5 godziny na rozmowach. W którymś momencie tego dnia przed samym powrotem do apartamentu byliśmy głodni i skoczyliśmy na kebab z budki „U szwagra”. Długo nie trzeba było czekać, ale chyba nie było warto. Kebab był z wieprzowiny i niestety kucharz kroił zbyt duże kawałki, bo były niedopieczone. Momentami czuć było surowiznę. Najlepszy kebab jaki jadłam to kebab w Łodzi w dzielnicy Retkinia. Tam Pan sprzedaje prawdziwą baraninę :) Gorąco polecam. No cóż, ten dzień zakończył się piwem w pokoju i snem.

Nadszedł dzień wyjazdu. Musieliśmy do 12:00 opuścić nasz apartament. I tak też zrobiliśmy. Wpakowaliśmy bagaże do auta i postawiliśmy auto na płatnym, podziemnym parkingu. Byliśmy głodni, więc postanowiliśmy udać się do restauracji Samui, w której rewolucję przeprowadzała Magda Gessler. Bardzo polecała to miejsce, więc czemu by nie spróbować tajskich potraw. Szefem kuchni tej restauracji jest Pim, która pochodzi z Tajlandii. Ja zamówiłam Zielone curry z krewetkami, a mój mąż tradycyjną zupę tajską Tom Yam Kung (zupa krewetkowa z grzybami na ostro). Jedzenie bardzo smaczne, ale również jednogłośnie stwierdziliśmy, że porcje powinny być dwa razy większe za te pieniądze. Smak super, naprawdę polecam. Aczkolwiek cena nieadekwatna do ilości. Poza tym Adam (mąż) stwierdził, że zupa jest jednak lepsza u nas w restauracji Hot Spoon na Rynku w Manufakturze. Także naszym zdaniem można się tam wybrać, bo klimat restauracji jest bardzo fajny, ale szału nie ma.

Po jedzonku ruszyliśmy na spacer na Wawel. Pogoda była szara i ponura, ale nas nie opuszczała pogoda ducha. Momentami śmiałam się tak głośno, że mój mąż stwierdził, że „zwariowany głupek” ze mnie :) Poniżej wstawiam kilka zdjęć z Wawelu.

 

Na Wawelu była też para młoda, która robiła zdjęcia ślubne. Trochę kiepską pogodę mieli, ale może fotograf jakoś to poprzerabia :) Spacer był bardzo miły, bo przywoływał wspomnienia sprzed dwóch lat. Wtedy byliśmy tak samo zakochani jak teraz. A może nawet teraz jesteśmy bardziej :P

Po obejrzeniu Smoka nadszedł czas na opuszczenie Krakowa i drogę powrotną do domu. Ale oczywiście po drodze pojechaliśmy do Kopalni Soli Wieliczka. Ostatnim razem szalenie nam się tam podobało i musieliśmy zobaczyć to jeszcze raz. Po dojechaniu do Kopalni odebraliśmy bilety i poszliśmy na obiad by mieć siłę na zwiedzanie. Trafiliśmy do kolejnej restauracji rewolucjonizowanej przez Magdę Gessler, czyli do miejsca o nazwie „Maxim”. Obsługiwał nas nawet ten sam kelner, którego widzieliśmy w programie na TVN. Wystrój bardzo przaśny, ale jedzenie genialne. Tradycyjny schabowy był tak ogromny, że jak go zjadłam to wydawało mi się, że w Kopalni będę się turlała :P Jak ktoś chce dobrze zjeść to naprawdę polecam tą restaurację. Klimat i wystrój spokojny, średnio mi odpowiadał, ale jedzenie genialne! Ceny też przystępne :)

Nadszedł czas na zwiedzanie trasy turystycznej w Kopalni. Wstawię kilka zdjęć, jednakże są one dość niewyraźne. Nie mam specjalistycznego aparatu, więc z góry przepraszam za ich jakość.

Najpiękniejsza komora w Kopalni – cała z soli. Tutaj w każdą niedzielę i Święta odbywa się darmowa Msza Święta.

Miejsce, gdzie można zakupić pamiątki i wjechać windą na taras widokowy. Komora ma 36 metrów wysokości.

Mój mąż wie, że uwielbiam testować różnego rodzaju kosmetyki i dlatego kupił mi mydło z olejkami i kryształkami soli.

Wiszące przy Placu Zabaw dla dzieci stalaktyty. Piękne :)

Kawałek makiety, która przedstawia dawną Kopalnię Soli.

Sala balowa – tu odbywają się wesela, imprezy okolicznościowe i Sylwestry. Bal Sylwestrowy to koszt około 1000 zł od pary. Nie wiem, czy chciałabym wydać tyle na zabawę w tym miejscu.

Na Wieliczce zakończyła się nasza podróż i nadszedł czas na powrót do domu. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Takie wyjazdy są bardzo potrzebne w celu naładowania baterii i po to byśmy mogli pobyć z dala od ludzi i od codziennej rzeczywistości. Ja dzięki takim wyjazdom mam ochotę żyć :) Na koniec wstawię Wam kilka zdjęć ogólnych z wyjazdu :)

Urzekła mnie nazwa tego sklepu spożywczego :P

A to widok z okna naszego apartamentu. Czyż nie jest przyjemnie wstawać rano? :P

Śliczne koniki!!! Uwielbiam jak stukają kopytami.

Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytają choć kawałek tego wpisu :) Wiem, że post jest długi, ale starałam się opisać wszystko, co najważniejsze. I tak pewnie o wielu rzeczach zapomniałam. Aha, mój mąż po tym wyjeździe wymyślił dla mnie nową ksywkę – „Mysielle” :D

 

Idą Święta :)

Dodano 21 grudnia 2013, w Zwykły wpis, przez ZŁOWIESZCZY CHICHOT

Dawno mnie nie było, ale już jestem znów z Wami. Dzisiaj postanowiłam napisać taki krótki post by poinformować Was, że wróciłam i zamierzam wreszcie wstawić kilka recenzji. Nie pisałam od września, bo nie miałam ani nastroju ani możliwości. Ale już teraz nie ma żadnych powodów by Was zaniedbywać :) Przygotowuję dla Was naprawdę obszerny post na temat pędzli, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. To będzie pełny opis wraz ze zdjęciami, dlatego potrzebuję trochę więcej czasu na jego stworzenie.

Dziś jednakże chciałam powiedzieć, że nie mogę doczekać się Świąt. Co prawda całe te trzy magiczne dni spędzam w pracy, ale wieczorem będę miała okazję spotkać się z rodziną. To pierwsze Święta, które spędzę z rodziną mojego małżonka, na których wystąpię już w roli żony, a nie tylko narzeczonej. I z tej wyjątkowej okazji zakupiłam sobie nową sukienkę, której zdjęcie wklejam we wpisie.

Jak Wam się ona podoba? Ja jestem zachwycona. Była bardzo tania, jest całkiem porządnie wykonana i ma naprawdę fajny fason dobrze układający się na ciele.

A jak Wasze przygotowania do Świąt? Czy wszystkie prezenty już zakupione i zapakowane? Czy o niczym nie zapomnieliście?

Pozdrawiam was serdecznie i życzę wszystkim Spokojnych i Wesołych Świąt :)